poniedziałek, 13 maja 2013

Kurtka w wycinanki

Chociaż efekty tych starań niespecjalnie są widoczne, od kilku lat z uporem staram się zapuścić włosy, dlatego do fryzjera chodzę tylko wtedy, kiedy już naprawdę trzeba. Ostatnio tak jak wspominałam musiałam podciąć końcówki i jak zwykle miałam obawy przed pokazaniem profesjonalistce efektów tego, co przez ostatnie miesiące wyrabiałam na swojej głowie. Pani fryzjerka była naprawdę bardzo miła, i tylko co jakiś czas padały ostrożne kwestie w rodzaju:
- Grzywkę to sobie pani sama podcinała?  - Tak... (Wielokrotnie, nożyczkami do papieru)
- Tu z tyłu jest bardzo nierówna długość, jak to ciąć? (Po kilku miesiącach swobodnego wzrostu widać, że lewą stronę mam bardziej)
oraz:
- Te króciutkie włosy na czubku są spalone...?  - Ym, nie, chyba je obcięłam bo sterczały.
W tych okolicznościach ilekroć dostaję na blogu bądź Lookbooku komplement odnośnie fryzury, jestem nim równie ucieszona, co zdumiona ^^

Jeśli natomiast chodzi o samą kurtkę, stwierdziłam, że może w tym sezonie wreszcie sprawię sobie jakąś pseudo-skórzaną. Poszukiwania postanowiłam zacząć w Mohito, bo w sieciówkach kupuję rzadko, a akurat tam kiedyś właściwie przypadkiem znalazłam płaszczyk, który bardzo lubię. Udałam się na miejsce, odkryłam kurtkę przemawiającą do mnie 'weź mnie do domu, jestem ażurowa, to trochę jakby koronka', posłusznie ją kupiłam i po półgodzinie było po wszystkim. Proces łatwiejszy niż się spodziewałam :)

I tough that maybe this season I'll finally buy myself some pseudo-leather jacket. I decided to start searching in Mohito, because while I seldom do shopping in galleries, in there I once found a coat I like very much. I came there, discovered a jacket saying to me 'take me home, I'm open-worked, it's kinda like the lace', obediently I bought it and after half an hour the process was over. It was simpler than I expected :)







Kurtka - Mohito  /  Jacket - Mohito
Sukienka - H&M  /  Dress - H&M
Torebka - sh  /  Bag - sh
Buty - CCC  /  Shoes - CCC

poniedziałek, 6 maja 2013

Różowy czubek

Majówkowy pobyt poza miastem umożliwił mi przejściowe paradowanie z utlenionymi włosami we względnie kameralnej atmosferze, więc wreszcie zrobiłam coś, co od dawna mnie kusiło i oto mam różowe włosy. Moje uczucia względem nowego koloru wahały się pomiędzy 'nie podoba mi się' a 'jest naprawdę fajnie'; obecnie stanęło na 'lubię ten róż, ale lepiej wyglądałam wcześniej'. Tak czy inaczej, to nie jest stan permanentny - będę z powrotem ruda, nie wiem jeszcze tylko kiedy. 
Za tym eksperymentem nie stoi żadna ideologia, przefarbowałam się wyłącznie z potrzeby estetycznej - zauważam jednak korzyść uboczną. Reakcje co poniektórych przechodniów na mój widok potwierdzają, że przywiązanie do określonej puli wzorców wyglądu często niestety łączy się z pragnieniem narzucenia tych wzorców innym. A ponieważ w moim idealnym świecie powszechne szczęście zbudowane jest w dużej mierze na tolerancji, cieszy mnie, że pokazuję coś trochę innego, bo większość ludzi chyba w końcu przyzwyczaja się do tego, co widzi i przestaje to postrzegać jako 'nienormalne'. I im więcej będzie osób nieco odbiegających wyglądem od ogólnie przyjętego typu, tym bardziej jego ramy się poszerzą. Nie chodzi mi przy tym jednak tylko o tolerancję dla różnych typów stylizacji, ale też dla jej braku; ostatnio na przykład natknęłam się na komiks Olgi Wróbel o depilacji i jestem nim zachwycona (plansze 1, 2, 3, 4).
Już kilka razy widziałam na ulicy dziewczyny z kolorowymi włosami (internet w nie obfituje, ale internet żyje inaczej) i sądzę, że za jakiś czas taka powiększona paleta farb będzie normą. A ulica stanie się tęczowa, różnorodna i nad wszystkimi będą krążyć śpiewające ptaszki z wstążkami w dzióbkach. Czy coś.
Mam różowy czubek. Jeśli ktoś pragnie interpretować tytuł inaczej, przyjmę to na klatę ;)

Ps. Zniszczone końcówki widoczne na zbliżeniu dzisiaj idą na ścięcie. Koszty własne przedsięwzięcia.

Finally I did something that was tempting me for some time and dyed my hair pink. My feelings to the new color have been shifing form 'I don't like it' to 'it's really nice' ; now they stopped at 'I like the pink, but red suits me more'. So it's not permanent, as I assumed from the very beginning, but I'm not sure yet when I'm going to be a redhead again :)








Sukienka, buty - sh  /  Dress, shoes - sh
Torebka - vintage  /  Bag - vintage
Naszyjnik - Glitter  /  Necklace - Glitter
Rajstopy - no name  /  Tights - no name

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Koronka i szyfon

Do sfotografowania tego zestawu podchodziliśmy z Michałem czterokrotnie. Dwa razy nie byliśmy w stanie znaleźć miejsca nieupstrzonego różnorakimi dowodami nierozumienia pojęcia 'dbać o wspólną własność', raz światło się nie udało, w końcu złapał nas deszcz. Ale że twardym trza być a nie mientkim, przeczekaliśmy  do zaledwie kropienia i zdjęcia nareszcie są :)
Koronkową sukienkę przywiozłam z Helsinek, gdzie oczywiście zwiedzałam i lumpeksy. Buty pojawiają się tu dość często, ale też mój związek z nimi kwitnie, mam wrażenie, że pasują mi do wszystkiego i bardzo intensywnie je eksploatuję. Legginsy zresztą też przypadły mi do gustu i boję się, że mogę je szybko zniszczyć. Rozważam zrobienie backupu, jeśli w sklepie będą jeszcze mieli mój rozmiar.

This lace dress I brought from Helsinki, where of course I was visiting second hands too. Shoes can be seen here quite often lately, but my relationship with them flourishes, as I feel they suit to everything and I exploit them very intensively I fancy the leggings as well and I'm afraid I can destroy their flimsiness fast. I'm thinking about making a backup if there will still be my size at the shop.







Sukienka, koszula, pasek, torebka - sh  /  Dress, shirt, belt, bag - sh
Bluzka - uszyłam  /  Blouse - self-made
Legginsy - Oodji  /  Leggings - Oodji
Buty - online  /  Shoes - online
Opaska - Claire's  /  Headband - Claire's
Kolczyki - H&M  /  Earrings - H&M
Naszyjniki: kruk - Glitter, klucze - SIX, gwiazdki - no name  /  Necklaces: raven - Glitter, keys - SIX, stars - no name

środa, 10 kwietnia 2013

Kanonicza

W założeniu prowadzę bloga o ciuchach. Jestem prostym człowiekiem bez ambicji lifestylowych (przynajmniej obecnie) i zasadniczo pragnę pokazywać odzież w celach różnorakich. A jednak kiedy pojechałam do Irlandii, po powrocie wrzuciłam zdjęcia, podobnie jak po następnych wyjazdach. I taki mam wrażenie jest ogólnie panujący zwyczaj wśród szafiarek: nawet jeśli blog teoretycznie jest tylko o ubraniach, zdjęcia z wakacji muszą być. Bo fajnie jest zobaczyć u kogoś ładne miejsca, więc czemu się nie odwdzięczyć,  bo takie relacje nawet bez specjalnego komentarza mogą być ciekawe - i bo hej, byłam w Irlandii (bardzo chętnie poznam też inne powody :). Skoro więc już i tak gładko wpisałam się w ten schemat, czemu robić to w jakiś dziwny, wybiórczy sposób i fotografować tylko cudze, skoro i swoje mam niezłe? W końcu mieszkam w Krakowie na własne życzenie i nie bez przyczyny, czyli moim zdaniem coś do pokazania od czasu do czasu tutaj jest. A nie każda dusza odwiedzająca tego bloga musiała wszystko w Krakowie widzieć (być może nie każda w ogóle tu była). Mam nadzieję, że kogoś to zainteresuje :)
Na pierwszy ogień idzie ulica Kanonicza, a właściwie sąsiadujący z nią oddział Muzeum Narodowego w Pałacu Biskupa Erazma Ciołka (Kanonicza schludna jest i urokliwa w sam raz do zdjęć, a u Ciołka w niedzielę na ekspozycje stałe można wejść za darmo - niskie pobudki mną kierują). Jeśli lubicie takie rzeczy, zdecydowanie polecam odwiedziny w pałacu.

This pics were taken in Krakow, on the Kanonicza street and in The Bishop Erazm Ciołek's Palace, which lays near to it. Currently located inside the palace is a department of the National Museum and if you would ever be in Krakow, I really recommend you going there.  



Uwaga, sceny drastyczne - Diabeł usiłuje wrzucić św. Eufraksję do studni. Przyznam, że trochę robi to na mnie wrażenie (ta biedna zakonnica jest przerażona), podobnie jak niezliczone przedstawienia męki Chrystusa, z których co poniektóre zakwalifikowałabym do kategorii 'chore'. I zastanawiam się, na ile takie sceny rzeczywiście miały na celu propagandę religijną, a na ile wobec bardzo ograniczonego zakresu dostępnych mediów powstawały dla zadośćuczynienia prostej ludzkiej potrzebie makabry. Tu jakieś gore (na przykład obdzieranie ze skóry, również dostępne u Ciołka), tam potworność seksualna, i emocje są.
Chociaż właściwie pewnie rzeczywiście istnieją ludzie, którzy potrzebują bardzo dobitnego przekazu, żeby dobrze zrozumieć powagę niektórych wydarzeń. Kiedyś przy okazji dyskusji o Pasji Gibsona - okrucieństwie, nierealistycznej ilości krwi itd. - wysłuchałam krótkiej anegdotki. Otóż osoba opowiadająca wychodząc z kina podsłuchała rozmowę dwojga młodych ludzi, w której poruszony chłopak zwierzał się: 'Ty, ja nie wiedziałem, że ten koleś tak cierpiał'.
Św. Eufraksja też cierpiała, w innej części tego samego ołtarza diabeł wbija jej siekierę w nogę.



Przedstawiona poniżej scenka nosi tytuł Św. Jan Jałmużnik zaświadcza odpuszczenie grzechów modlącej się przy jego grobie kurtyzanie. Na piśmie jej zaświadcza. Panie i Panowie, przecież to jest piękne.



A na koniec eksponat ze specjalnym miejscem w mym sercu: ornat ze szkieletorem. Rządzi nawet w sąsiedztwie portretów trumiennych i katafalku w kształcie gryfa :D



Zaś dla kontrastu biel, perełki i różowe koronki. I skarpetki z falbanką. Istnieje szansa, że pod pewnymi względami pozostanę infantylna do końca życia. Choć może koło czterdziestki jednak przemyślę te skarpetki ;)

And for the contrast: white, pearls and pink laces. And socks with ruffle. There's a chance that at some points I'll be infantile till the end of my life. Tough maybe in my forties I'll rethink the socks ;)






Sweter, spódniczka, torebka - sh  /  Sweater, skirt, bag - sh
Kołnierzyk - zrobiłam  /  Collar - self-made
Buty - online  /  Shoes - online
Skarpetki - no name  /  Socks - no name
Opaska - Claire's  /  Headband - Claire's

środa, 3 kwietnia 2013

Kokardki i ograniczenia

Czekanie z sesjami ubraniowymi aż będzie ciepło i słonecznie ewidentnie nie zdało egzaminu. Na szczęście jednak wśród śniegów trafiła się przynajmniej temperatura umożliwiająca rozdzianie się na zewnątrz, bo mam wrażenie, że w tym roku zużyłam już wszystkie kupony odporności na zimę i naprawdę nie chce mi się więcej marznąć. 

Jestem pedantką selektywną. Oznacza to, że kiedy doprowadzenie rzeczy do stanu idealnego (na przykład odgruzowanie mieszkania spod warstw odzieży, papierów i innych losowo dobranych przedmiotów) wymaga ode mnie wysiłku, spokojnie to olewam, ale kiedy mogę ją poprawić niewielkim nakładem pracy (niewyjustowany tekst, chaotycznie ułożone karty w grze), bardzo potrzebuję to zrobić. Dlatego chętnie sięgnęłabym do zdjęć, żeby wyrównać tę krzywo przypiętą kameę - ale za późno już, ach, za późno, a wcześniej nie widziałam!
Nauczę się z tym żyć. Człowiek powinien przełamywać swoje ograniczenia.

Waiting with cloth's sessions till it'll be warm and sunny in Poland obviously didn't pass - it's April and we still have winter weather in here - so here I am anyway. Luckily leastwise temperature let me took my coat off, because I get an impression I used up all my winter immunity coupons these year and I don't fancy freezing any more. 

I'm a selective pedant. It means that if making something perfect (for example cleaning up the apartment) can cost me a lot of work, I just calmly ignore it, but if I can correct it with low effort (non-adjusted text, cards in the game laying awry), I need to do this right away. Therefore I would like to reach out into the photos and amend this crookedly pined cameo - but it's too late now, too late, and I didn't see it before!
I will learn to live with this. A human being should break its limits.









Bluzka, spódniczki, pasek - sh  /  Blouse, skirts, belt - sh
Torebka, zegarek, kolczyki - prezent  /  Bag, watch, earrings - gift
Buty - online  /  Shoes - online
Opaska - Claire's  /  Headband - Claire's
Rajstopy, korale - no name  /  Tights, beads - no name
Kamea - vintage  /  Cameo - vintage

sobota, 30 marca 2013

Helsinki, część II

Jak przystało na osobę będącą stateczną mężatką w wieku dwudziestu dwóch lat, w swojej definicji dobrej zabawy mieszczę co najmniej kilka niezbyt efektownych aktywności. Dlatego w Helsinkach nie szukałam klubów (chociaż trafiliśmy z Michałem na koncert fińskiego bluesa w pubie - nie zrozumiałam ani słowa poza angielskimi wstawkami i 'bum bum', a i tak było fantastycznie), za to zwabiona kuszącymi zdjęciami kości znalezionymi w internecie zarządziłam wycieczkę do Muzeum Historii Naturalnej. Kości owszem były, niektóre (jak te małpie poniżej) nawet dość creepy...

Here's the second part of my Finnish trip documentation - from the Natural History Museum, when I was lucky to stumble upon a wonderful exhibition about bats - and from some random pretty places.



...ale status gwiazdy programu otrzymała wystawa czasowa, na którą szczęśliwie trafiliśmy: nietoperze! Już sam temat mi się podobał, bo chociaż przyznaję, że kilka gatunków jest diablo brzydkich, czuję pewną sympatię do tych stworzonek - ale prawdziwie zachwyciła mnie organizacja. Twórcy wystawy ewidentnie mieli mnóstwo pomysłów na jej uatrakcyjnienie i dobrze je wykorzystali. Większość podawanych informacji była poza opisami jakoś zwizualizowana (najbardziej podobał mi się stół z porcjami jedzenia pochłanianymi przez poszczególne gatunki w ciągu jednej nocy), a błękitno-fioletowe oświetlenie i czarne gabloty stwarzały odpowiedni klimat. A poza tym dowiedziałam się na przykład, że największy nietoperz ma skrzydła o rozpiętości półtora metra, najbardziej towarzyscy spośród nich są krwiopijcy (tylko trzy gatunki, ludzi nie jadają) - dnie spędzają w kryjówkach drapiąc się nawzajem po pleckach, a w razie potrzeby karmią chorych krewnych i sąsiadów - zaś w gablotce pod hasłem 'co żywi się nietoperzami' znalazłam między innymi amerykańską książkę kucharską otwartą na przepisie na zupę z trzech nietoperzy owocowych. Pełnia szczęścia ^^




Ruch ręki podczas przesuwania po tej czarnej rurce odpowiada ruchowi nietoperzowego skrzydła podczas lotu:


Szafa grająca z głosami nietoperzy - how cool is that? Moim zdaniem wystarczająco, żeby wrzucić nawet rozmazane zdjęcie :D







Miejsce do wyprowadzania psów, w dodatku z podziałem na rozmiary: w drugiej części igrały te mniejsze (nie zmieściły się w kadrze). Proste, a jakże rozsądne :)




Temppelinaukio - kościół częściowo wykuty w skale. Z zewnątrz wygląda jak betonowy bunkier, za to wnętrze robi wrażenie. Nie podobała mi się tylko puszczona tam muzyka, rzewne fortepianowe melodie nijak nie pasowały do surowego otoczenia.